Lekarz Kazimierz Hołoga 1913 -1958

Artykuł ukazał się w książce “Byli wśród nas” str. 219 [Praca zbiorowa pod redakcją Feliksa Lenorta. Poznań 1978, Księgarnia Św. Wojciecha]. Tekst  napisany przez nie mniej zasłużą postać naszego miasta  ks. Michała Kosickiego (ur. 1-9-1906 Wilkawieś k/ Buku, zm. 29.5,1981 w Nowym Tomyślu) długoletniego proboszcza parafii (1946 -1981) p.w. matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Nowym Tomyślu. Na ten artykuł zwrócił mi uwagę pan Jerzy Tyc.

Kazimierz Hołoga odcisnął się w historii naszego miasta z dużą mocą.  W Nowym Tomyślu istnieje ulica Hołogi, Szpital został nazwany jego imieniem [Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej imienia doktora Kazimierza Hołogi] oraz Zespół Szkół Zawodowych i Licealnych im. dra Kazimierza Hołogi. We wspomnianej szkole im. dra Hołogi można również można zapoznać się z dwoma znakomitymi opracowaniami na temat życia Kazimierza Hołogi oraz historii samej szkoły. Natomiast w holu szkoły znajduje się stała wystawa pamiątek po doktorze Hołodze. Szkoła otrzymała to imię 13 marca 2006.

Publikacja za zgodą wydawnictwa “Święty Wojciech“. [http://www.ksw.com.pl/]

Kopie zdjęć do poniższej publikacji udostępnił Zespół Szkół Zawodowych i Licealnych im. dra Kazimierza Hołogi w Nowym Tomyśl. Zdjęcia są posiadaniu rodziny Hołogów. W wstępie umieściłem zdjęcie tablicy pamiątkowej, która znajduje się w Zespole Szkół Zawodowych i Licealnych im. dra Kazimierza Hołogi w Nowym Tomyślu. Jedno zdjęcie pochodzi ze zbiorów Jerzego Tyca.


Oddział dziecięcy, pierwszy z lewej Kazimierz Hołoga, tyłem ksiądz Michał Kosicki

Mieszkanie K.Hołogi w przyszpitalnym budynku, ul. Sienkiewicza (budynek rozebrany w 2009)

W wielkopolskim miasteczku Nowy Tomyśl 15 września 1958 r. odbył się pogrzeb śp. dra Kazimierza Hołogi, dyrektora miejscowego Szpitala Powiatowego.
Donosząc o tym tygodnik „Przekrój”, w nr 718 z 11 I 1959, w notatce pt. „Dziękczynny kondukt” napisał: „Zmarł w Nowym Tomyślu niezwykle uczynny i ofiarny w niesieniu często bezinteresownej pomocy chirurg dr Hołoga. Uznanie dla jego społecznej postawy i wysokiej kwalifikacji zawodowej zgromadziło u trumny liczne delegacje i parotysięczny tłum. W kondukcie obok biskupa kroczyli przedstawiciele straży pożarnej, obok delegacji komitetu powiatowego PZPR delegacje młodzieży, za przedstawicielami komendy MO siostry.” — Znamienną tę notatkę należy odczytać także jako stwierdzenie, że w dzisiejszym naszym zróżnicowanym społeczeństwie istnieje przecież platforma, na której szczerze spotkać się mogą wszyscy. Jest to platforma prawdziwej wielkości człowieka.

Tym, co stanowiło o wielkości dra Kazimierza Hołogi, co budziło powszechny dla niego szacunek, była jego ofiarność w poświęceniu się dla innych i płynąca stąd jego niezwykła pracowitość. A ponieważ te wartości ludzkie były decydujące w owych historycznych latach powojennej odbudowy, trzeba stwierdzić, że dr Hołoga był także postacią na miarą wielkości i potrzeb czasu.

Syn ziemi wielkopolskiej, zapatrzony w przykłady jej wielkich ongiś społeczników i działaczy, zwłaszcza zapewne społecznika idealisty dra Karola Marcinkowskiego, zapragnął w miarę swoich możliwości zapalić swe życie i sztukę lekarską ogniem miłości i ofiarnej służby braciom.

Przed szpitalem 3 marzca 1951, K.Hołoga pierwszy z prawej

xx

Kazimierz Hołoga na spacerze z żoną Marią i synem Jasiem marzec 1951

Szkicując niniejszy życiorys dra Kazimierza Hołogi i podejmując skromną próbę charakterystyki jego osobowości, z braku jakichkolwiek istniejących źródeł, nie mając też dostępu do oficjalnych kartotek służby zdrowia, oparłem się na spisanej ad hoc relacji jego żony oraz na informacjach pozostającej jeszcze przy życiu jedynej z całego rodzeństwa siostry Marii, a także na wypowiedziach kilku lekarzy, byłych jego współpracowników, zwłaszcza dra Granatowicza. Najwięcej jednak autentycznej prawdy o drze Hołodze dała mi osobista z nim znajomość, gdy przez cały okres jego pracy w Nowym Tomyślu spotykaliśmy się zarówno przy chorych, jak i w przeróżnych innych okolicznościach. Częste z nim rozmowy dały mi możność poznania jego duchowego oblicza, jego poglądów i zasad działania.

Dr Kazimierz Antoni Hołoga urodził się 18 stycznia 1913 w Poznaniu, gdzie ojciec jego, Wincenty, prowadził własną drogerię. Matka, Maria z Białkowskich, córka nauczyciela z Pniew, zajmowała się wychowaniem sześciorga dzieci, z których Kazimierz był najmłodszy. Jak zwłaszcza matki tamtych czasów, religijna i oddana sprawie ojczystej, pani Maria starała się przede wszystkim te ideały miłości Boga i Ojczyzny przelać w dusze swych dzieci. Muzykalna, rozśpiewała swój dom pieśnią religijną i patriotyczną. Dr Hołoga znał omal wszystkie śpiewane pieśni religijne i narodowe. Żywą wiarę, wyniesioną z domu rodzinnego, cenił sobie i praktykował ją do ostatnich swych dni.

Pierwsza wojna światowa, a zwłaszcza powojenna inflacja, a także ciężka choroba serca, na jaką zapadł ojciec, doprowadzają rodzinę do krytycznej sytuacji materialnej. Wtedy to Hołogowie przenoszą się na jakiś czas na wieś, do Karchowa pod Lesznem, stamtąd zaś do Gniezna, by w roku 1935 powrócić znowu do Poznania. W tej atmosferze zmian i materialnego niedostatku wzrastał młody Kazimierz. Życie poznawał raczej od strony jego cieni, ale też na tym tle mógł tym wyraźniej widzieć wielkie poświęcenie się rodziców, którzy nie szczędzili wysiłków i trudu, by zapewnić dzieciom jak najlepsze wychowanie i przygotowanie do życia. Dla wrażliwej duszy chłopca taka atmosfera rodzinna była zapewne decydującą szkołą życia i charakteru.

Szkołę średnią rozpoczął Kazimierz Hołoga w Lesznie, dokąd dojeżdżał z Karchowa w okresie uczęszczania do klas niższych. Ukończył zaś gimnazjum w Gnieźnie, gdzie w roku 1932 zdał egzamin maturalny. W 1934 kończy szkołę podchorążych w stopniu oficera rezerwy. Gdy w tymże czasie rodzice jego, jak to już wspomnieliśmy, przenieśli się do Poznania, Kazimerz znalazł nareszcie możliwość zrealizowania marzenia swego życia i w roku 1934 rozpoczął studia medyczne na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Stało się to tym bardziej możliwe, że z pomocą materialną mogli mu przyjść usamodzielnieni już starsi bracia: Marian prawnik i Stanisław kupiec. Marian wziął też w opiekę niedomagających rodziców, zwłaszcza że znaleźli się w osamotnieniu. Nie żył już bowiem czwarty z braci, przedwcześnie zmarły Józef, jedna zaś z sióstr, Halina, jako s. Bonawentura należała już do Zgromadzenia Sióstr Elżbietanek, a ostatnia siostra, Maria, była zamężna.

Na trasie kolejki wąskotorowej w kierunku strzelnicy (ul. Sienkiewicza) maj 1951

Z synem Jasiem

Rozpoczynająca się w 1939 r. wojna przerwała Kazimierzowi Hołodze bliskie już ukończenia studia. Nie uzyskawszy jeszcze dyplomu lekarskiego został zmobilizowany do służby wojskowej w kolumnie sanitarnej i w kampanii wrześniowej dotarł do Łucka, skąd w odwrocie na zachód, przedzierając się przez okupacyjne posterunki, przedostał się do Poznania. W Poznaniu został rozpoznany przez Niemców jako ukrywający się oficer polski i dlatego, zmuszony opuścić Poznań, przedostaje się do Warszawy w Nowy Rok 1940. Ukrywających się oficerów polskich uważał okupant za najbardziej niebezpiecznych przestępców, ich przeto śledził i ścigał ze szczególną zaciętością. Stosunkowo najbezpieczniej było ukrywać się w szeregach pracowników fizycznych. Kazimierz Hołoga przyjął pracę w jednym z browarów warszawskich. Praca okazała się niezwykle trudna, wymagająca dźwigania ciężarów nieraz stukilogramowych, w temperaturze do 80 stopni. Z czasem nawiązał kontakt z przebywającymi w Warszawie profesorami Uniwersytetu Poznańskiego, dzięki którym uzyskał dyplom konspiracyjny i mógł wstąpić do Izby, Lekarskiej Warszawsko-Białostockiej.

Pod koniec r. 1941 został schwytany w łapance ulicznej i osadzony na Pawiaku, gdzie przeżył cztery miesiące straszliwej niepewności i dręczących przesłuchań. Cudem uniknął śmierci, gdy w przeddzień transportu do Oświęcimia udało mu się wydostać z więzienia. Znalazł się z kolei w Krakowie, gdzie podjął pracę w laboratorium prof. Bujwida przy wytwórni szczepionek przeciwdurowych. Był tam równocześnie karmicielem wszy na własnym ciele. Nic dziwnego, że zapadł na tyfus plamisty, tzw. laboratoryjny, co w łączności z więzieniem na Pawiaku i ciężką pracą w browarze i laboratorium poważnie nadszarpnęło jego zdrowie. Nigdy go już w zupełności nie odzyskał.

Za namową spotkanego przyjaciela przenosi się z Krakowa do Lublina. Ten okres okupacyjnej tułaczki Kazimierza Hołogi należy uważać za jakąś szczęśliwszą odmianę losu. Nigdy nie tracił nadziei, ale droga do jej spełnienia się jakże była okrutna. W Lublinie mógł wreszcie być lekarzem i tylko lekarzem. Tamtejsze środowisko lekarskie, świadome niedawnych przejść swego nowego kolegi, otoczyło go wielką życzliwością. Wnet zdobywa legitymację członka Izby Lekarskiej i w marcu 1942 r. zostaje przyjęty do pracy jako stażysta, do Szpitala Sióstr Szarytek w Lublinie, wówczas Distriktskrankenhaus, pod dyrekcją, oczywiście, niemiecką. Tę pracę wspominał później dr Kazimierz Hołoga ze szczególnym wzruszeniem i satysfakcją. Wtedy to poczuł się prawdziwie lekarzem i przeżywał pełną radość z pracy wśród chorych, w olbrzymiej większości Polaków. Po odbyciu stażu pracował jako asystent dra Jaworskiego na oddziale chirurgicznym. Gorliwość młodego lekarza i jego zdolności zwróciły na siebie uwagę dyrektora szpitala, Niemca, który zaproponował mu pracę na oddziale niemieckim, dobrze płatną i zapewniającą wiele dodatkowych korzyści. Dr Hołoga zdecydowanie odmówił, wzbudzając tym niechęć i podejrzenia Niemca. Nie uległ pokusie, choć za pracę otrzymywał tylko utrzymanie i kąt w wieloosobowym pokoju. W r. 1943 nawiązał kontakt z walczącym podziemiem i gdy tylko potrzebna była interwencja lekarza, z narażeniem życia niósł pomoc wszystkim walczącym bez względu na ich przynależność polityczną.

W roku 1944 zawarł w Lublinie związek małżeński z Marią Rochalską, studentką III roku farmacji na Uniwersytecie Poznańskim, a podówczas pracującą w tymże szpitalu w Lublinie w laboratorium analiz lekarskich.

W wyniku zwycięskiej ofensywy Armii Czerwonej w lipcu 1944 r. wkroczyły do Lublina wojska radzieckie i żołnierze I Armii Polskiej im. Tadeusza Kościuszki. Dr Hołoga został zmobilizowany i wcielony do II Armii jako lekarz na oddziale chirurgicznym Szpitala Ewakuacyjnego w Lublinie, a potem w Bydgoszczy. Zdemobilizowany w styczniu 1946 przybył do Poznania, gdzie zweryfikował dyplom lekarski i rozpoczął pracę w Szpitalu Sióstr Elżbietanek jako asystent dra Granatowicza na oddziale chirurgicznym. Zwraca na siebie uwagę jako zdolny lekarz, a jego oddział uchodzi za najlepszy. Uzyskuje specjalizację w chirurgii I stopnia, a w r. 1952, gdy już był w Nowym Tomyślu, Izba Lekarska w Poznaniu przyznaje mu, jako jedynemu chirurgowi w terenie, którego zwalnia od wymaganego egzaminu specjalistycznego, stopień chirurga II klasy. W Nowym Tomyślu dr Kazimierz Hołoga objął stanowisko dyrektora Szpitala Powiatowego. Pozostał tu do końca życia.

x

Odpoczynek w przyszpitalnym ogrodzie (Nowy Tomyśl) z żoną Marią synkiem Jasiem i ulubionym psem Kazanem

Nowy Tomyśl, jedno z najmniejszych b. miast powiatowych województwa poznańskiego, stanowiło, zwłaszcza wtedy, teren dla tego województwa nietypowy. Odpłynął oto po wojnie z miasta i okolicy bardzo liczny element niemiecki, stanowiący tu do wojny enklawę niemczyzny, sięgającą do 70% składu etnicznego. Powstałą lukę zapełnili po większej części przesiedleńcy z dawnych kresów wschodnich, siłą rzeczy przez swój los biedni i w doraźnym niedostatku, tym więcej że ziemia, na której osiedli, należy do niskiej kategorii gruntów. Nie było to bez ujemnego wpływu na zdrowotność środowiska. W jedynym, ciasnym, liczącym już kilka dziesiątków lat szpitalu całą załogę stanowili zaledwie jeden lekarz, cztery siostry służebniczki i sześć pielęgniarek świeckich. W dodatku od śmierci dr Janiszewskiego w roku 1947 szpital nie miał dyrektora, a zastępczo funkcję tę pełnili kolejno dr Rudzki i dr Nowacki. Szpital wykazywał wielką śmiertelność, zwłaszcza niemowląt.

W tych warunkach, w styczniu 1951, objął dr Kazimierz Hołoga kierownictwo szpitala. I okazało się, że właśnie praca na tej placówce była głównym przeznaczeniem jego życia. Tu miały spełniać się jego wielkie pragnienia i zamiary i tu, w niestrudzonej pracy i wielkodusznej ofierze miała okazać się jego wielkość.

W stosunkowo niewielu latach, będąc przecież młodym lekarzem — zmarł w r. b w wieku 45 lat — zdobył sobie dr b najwyższy szacunek i uznanie nie tylko wśród społeczeństwa miasteczka i b. powiatu, ale znany i ceniony był także w odległych stronach kraju. Jako lekarz wybijał się zwłaszcza w dwóch kierunkach sztuki medycznej: był niezrównanym diagnostą i wybitnym chirurgiem. Nie te jednak same umiejętności, choć oparte na głębokiej wiedzy i wielkim talencie, stanowiły o jego wielkości zawodowej. O tej wielkości decydowały przede wszystkim jego wartości duchowe, nieskazitelny charakter, wysoka etyka lekarska i wielkie serce. Jeden z wybitniejszych współpracowników dra Hołogi, lekarz, mówił mi, że dr Hołoga miał rzadko spotykaną intuicję diagnostyczną. A jednak w każdym co cięższym przypadku choroby pacjenta, zanim przystąpił do leczenia czy operacji, konsultował się z innymi lekarzami, a także z bardziej doświadczonym personelem pielęgniarskim. Tę rzetelność pracy stosował wobec każdego pacjenta, bez różnicy jego zapatrywań, pochodzenia czy wieku. Byłem raz świadkiem jego oburzenia, gdy przywieziono do szpitala chorego i przy przepełnionym szpitalu domagano się dla niego lepszego łóżka. Wielkie serce swego dyrektora czuli dobrze jego pacjenci i dlatego, gdy z ojcowskim uśmiechem zbliżał się do nich, ich serca napełniały się nadzieją i wiarą w życie i zdrowie.

W tym okresie, a były to przecież lata powojenne, największą bolączką szpitalnictwa był niedobór kadr. Trzeba było obsadzać etaty szpitalne, a w terenie zaczęła się już realizacja zakrojonej na szeroką skalę akcji budowy nowych ośrodków zdrowia i różnorakich punktów opieki zdrowotnej przy zakładach pracy, szkołach itd. Lekarze musieli się dwoić i troić. I wtedy wzniosły i odpowiedzialny zawód lekarski żądał niejednokrotnie od lekarza ofiary osobistej. Dr Hołoga raz i drugi odkłada wyjazd do swej ciężko chorej matki, ponieważ nie ma komu powierzyć opieki lekarskiej nad swymi równie ciężko chorymi pacjentami. W roku 1955, w czasie akcji służbowej, zostaje ciężko ranny funkcjonariusz milicji [Jan Intek] i dr Hołoga leczy go beznadziejnie chorego, oddaje mu własną krew, rezygnuje z wyjazdu za granicę na urlop wypoczynkowy, choć wszystko do wyjazdu było już przygotowane, i wreszcie, po blisko rocznej walce o ocalenie, przywraca pacjentowi zdrowie. Trudno tu wyliczać pacjentów, którzy korzystali z posługi lekarskiej dra Hołogi. Podaliśmy raczej przykład typowy dla ilustracji prawdy o tamtych czasach. Trudno zliczyć godziny czuwania nad chorymi we dnie i w nocy, trudno policzyć kroki przemierzane do chorych, cierpiących po domach.

Kazimierz Lisicki i Kazimierz Hołoga - na trasie wycieczki rowerowej Nowy Tomyśl - Gdańsk, 1954

Wszystkie te wysokie wartości ducha dra Kazimierza Hołogi, jego uwrażliwienie na prawdę, sprawiedliwość i dobro, jego wielkoduszne i bez reszty oddanie się chorym, wypływały ostatecznie, jako z najważniejszego swego źródła, z jego żywej wiary i głębokiego życia religijnego. Był wiernym i oddanym synem Kościoła. W każdej sytuacji mówił: „Wierzę”. Tę wiarę przykładnie praktykował, biorąc co niedzielę udział we Mszy Św. czy to w kaplicy szpitalnej, czy w miejscowym kościele. Przed każdą ważniejszą operacją wstępował do kaplicy szpitalnej na modlitwę, a nawet, jak sam się przyznawał, przygotowując się do operacji szeptał po cichu „Pod Twoją obronę”. Nie było w nim nic z bigoterii czy religijnego przewrażliwienia. Był bardzo towarzyski i w miarę możliwości i czasu chętnie bawił się w gronie przyjaciół. Interesował się sportem, sam uprawiał kolarstwo. Dwa razy, w roku 1955 i 1956, wraz z intendentem szpitalnym, Kazimierzem Lisickim, urządził wycieczkę rowerową z Nowego Tomyśla do Gdańska. Był wytrawnym kierowcą. Cieszył się życiem, które uważał za wspaniałą przygodę i niepowtarzalną szansę czynienia dobrze. Ani jednak uroki życia, ani nadmiar pracy, ani też rosnąca wokół niego legenda lekarza cudotwórcy nie zasłaniały mu w duszy obrazu Boga i perspektyw wiecznych. Lubił rozmyślać o sprawach wiary, lubił też o nich rozmawiać. Bez Boga osobowego, jako pierwszej przyczyny i ostatecznego celu stworzenia, uważał świat i życie za nonsens. Cierpienie i śmierć nabierały u niego sensu dopiero w perspektywie życia poza grobem. Urzekała go postać Chrystusa z Jego ideałami miłości i dobra. Miał wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej. Wśród pozostałych pamiątek są m.in. dwa z wielkim talentem wykonane przez niego ołówkowe szkice twarzy Chrystusa umierającego. Rysował je w czasie swej choroby, może też jako studium bólu. Do obecnej przy tym siostry zakonnej powiedział: „Czy ja mogę teraz myśleć o czym innym?”

Choć zasada jest prosta i jasna, że lekarz leczy, to jednak jakże często staje on wobec pokusy złamania tej zasady. Zwłaszcza że motywy, przemawiające za zabiegiem, wydają się zwykle tak bardzo przekonywające. Etyka katolicka wymaga tu od lekarza wielkiej odwagi, stanowczości, ale i mądrości, by w każdym przypadku ratować życie dziecka, ale i spokój, i dobro moralne matki. Zdarzało się, że gdy matka wielodzietnej rodziny wzbraniała się rodzić wobec braku środków materialnych do utrzymania rodziny i zgłaszała się po zabieg przerwania ciąży, a z jakiegoś powodu nie było innego wyjścia, dr Hołoga deklarował nawet wolę finansowania całego wychowania spodziewanego dziecka. W innym przypadku, kiedy w wielodzietnej rodzinie miało przyjść na świat któreś tam z kolei dziecko, był zdecydowany adoptować je.

Trudno też konkretnie wykazywać, ilu ludziom biednym i chorym dr Hołoga pomagał materialnie, czy to ingerując wszędzie, gdzie widział możliwość dopomożenia komuś, czy też pomagając często z własnej kieszeni. I ta dobroczynna działalność była jeszcze jedną szlachetną jego cechą. Nie była to filantropia, lecz chrześcijańska miłość bliźniego działająca według Chrystusowej zasady — niech nie wie lewica, co czyni prawica. To serce dobre i uczynne okazywał zwłaszcza młodzieży, którą spotykał w swej pracy, także pracy opiekuńczej. Młodzież tę w zakresie swej praktyki prywatnej leczył przeważnie bezpłatnie.

Poświęcając omal cały swój czas chorym troszczył się również o szpital, by stworzyć w nim możliwie najlepsze warunki zarówno dla chorych, jak i dla służby zdrowia. Przede wszystkim powiększył personel lekarski i pielęgniarski. Młodzi adepci chirurgii zaczęli garnąć się pod jego kierownictwo. Swoimi wiadomościami chętnie dzielił się z innymi. W szpital wstąpiło nowe życie, podniosła się zdrowotność. Stary budynek szpitalny (od r. 1906) [w istocie szpital powstał w roku 1913] został gruntownie odnowiony, wciąż jednak, mimo dokonanych adaptacji, był za mały wobec rozbudowującego się po wojnie miasta. Dyrektor Hołoga powziął zamiar rozbudowy szpitala. Przygotował plany i uzyskał fundusze na ich realizację. Niestety, nie dane mu było doczekać ich urzeczywistnienia.


Pogrzeb Kazimierza Hołogi 12-9-1958, szpaler harcerzy

Pogrzeb Kazimierza Hołogi 12-9-1958, plac Chopina

Pogrzeb Kazimierza Hołog, ul. Sienkiewicza w tle budowa Ośrodka Zdrowia, od lewej Maksymilian Sobiak, Henryk Gołek, Stefan Polach


Oto nieoczekiwanie zaatakowała go złowroga choroba jelit, aby przedwcześnie zniszczyć to wyjątkowo piękne i owocne życie. Trudno było w to uwierzyć, trudno z tym się pogodzić. Był przecież w pełni życia i sił. Postawny, słusznego wzrostu, budzący ogólny szacunek, zniewalał wszystkich dobrocią, życzliwością spojrzenia i dobrym słowem, które miał dla każdego. Miał też swoje szczęśliwe życie rodzinne, miał troskliwą i światłą żonę i syna, którego bardzo kochał. Choroba była jednak nieubłagana. W styczniu 1958 r. poddał się operacji w Klinice Uniwersyteckiej w Poznaniu. Dr Drews operował go przez cztery godziny. Zabieg okazał się daremny. Cierpiał jeszcze przez osiem miesięcy dając przykład poddania się woli Bożej i przygotowania się na spotkanie z Bogiem przez modlitwę i częste przyjmowanie Komunii św. Do czuwających nad nim żony i swej siostry Marii żalił się słowami: „Tylu chorych wyleczyłem z tej choroby, a sobie pomóc nie mogę. Gdybym nie miał wiary, to bym się chyba załamał”. Zmarł 12 września 1958 r. w Nowym Tomyślu.

Jednym z pierwszych modlących się za jego duszę był arcybiskup Antoni Baraniak, który w ramach przeprowadzanej w tym czasie wizytacji kanonicznej parafii Nowy Tomyśl, właśnie w dniu śmierci dra Hołogi wizytował kaplicą szpitalną i zgromadzonych w niej chorych.

Pogrzeb, odprawiony przez biskupa Franciszka Jedwabskiego, w asyście kilkunastu kapłanów i około sześciu tysięcy ludzi, był manifestacją żalu, ale też i hołdu dla wielkiego lekarza i ucieleśnionego w nim prawdziwego człowieczeństwa.


Kazimierz Hołoga z personelem szpitala w Nowym Tomyślu

Kazimierz Hołoga z personelem szpitala w Nowym Tomyślu